Veni, Vidi, Vbac czyli o moim porodzie siłami natury po cesarskim cięciu

Na początku chciałabym zaznaczyć, ze ten wpis dotyczy moich osobistych doświadczeń, nie jest to uniwersalny przewodnik, zbiór porad czy jedyna słuszna droga dla matki. To jest moja droga. Dzielę się swoją historią, gdyż jestem z niej dumna. Chciałabym dać odrobinę nadziei na poród siłami natury innym mamom po cesarskich cięciach, wpłynąć na zwiększenie świadomości kobiet, że taki poród jest w ogóle możliwy. Każda ciąża i poród jest inny. Tylko ty, twój lekarz oraz położna współpracując razem ostatecznie zadecydujecie czy VBAC (Vaginal Birth After C-section) jest bezpieczny i możliwy.

I jeszcze jedno. Z jakiegokolwiek powodu miałaś lub masz zaplanowane cięcie cesarskie, nie daj sobie wmówić, że to nie jest poród, że to łatwizna, nie obwiniaj się, jesteś najlepszą mamą dla swoich dzieci. Mimo wszystko uważam, że warto podjąć decyzję o kolejnym porodzie świadomie. Jaka by ona nie była. Mam nadzieję, że ten wpis pozwoli ci zwiększyć twoją świadomość.

Swoją pierwszą córkę urodziłam w sposób jakiego się w ogóle nie spodziewałam. Nad ranem zaczęły mi się sączyć wody płodowe, skontaktowałam się z umówioną na poród położną, to było dzień przed terminem porodu, który wypadał w Wielkanoc. Położna poinformowała mnie, że nie da rady mi towarzyszyć. To był pierwszy szok, którego doznałam tego dnia, po przybyciu do szpitala zaczęłam obficie krwawić – lekarz dyżurny zdiagnozował odklejanie się łożyska i zadecydował o cesarkim cięciu na cito, pół godziny później mój mąż kangurował naszą córkę, całą i zdrową – 60 cm i 4200g szczęścia. “Plan porodu” od tamtej chwili stał się dla mnie oksymoronem, zrozumiałam, że nie na wszystko mam wpływ.

Poród odbył się szybko i bezboleśnie, były ku temu poważne wskazania medyczne, byłam wdzięczna, że żyjemy, jesteśmy obie zdrowe.

Kilka godzin po porodzie pierwszej córki

Połóg – czyli okres około 6 tygodni po porodzie to już bardziej bolesna historia. Cięcie cesarskie jest poważną operacją. Polega na przecięciu kilku warstw brzucha, odsunięciu mięśni na boki, przecięciu macicy. Ogólnie szybko stanęłam na nogi po operacji, ale już w domu, dochodziłam do siebie dużo wolniej, mój połóg trwał około dwóch miesięcy, ból w okolicy blizny po cięciu towarzyszył mi pół roku, podobnie bóle kręgosłupa, stawów.

Nie muszę już chyba dodawać, że moja kondycja po operacji nie pozwalała mi w pełni i samodzielnie zajmować się nowo narodzonym dzieckiem, nie miałam też możliwości kontaktu skóra do skóry zaraz po porodzie, kangurował tatuś, ja miałam kontakt z dzieckiem po 45 minutach, po opuszczeniu sali operacyjnej. Cała się trzęsłam, nie miałam czucia od pasa w dół jeszcze przez najbliższe kilka godzin, nie pozwolono mi unosić głowy. Wyobrażacie więc sobie w jakiej bezbronnej sytuacji się znalazłam. Jak miałam się zająć dzieckiem, przystawić je do piersi czy ogrzać skoro sama miałam poczucie, że wymagam opieki. Dziecko spędziło pierwszą noc osobno. To był trudny i niespodziewany początek macierzyństwa.

Wkrótce po powrocie do domu zaczęłam więcej czytać na temat cesarskiego cięcia oraz jego skutków. Po około czterech miesiącach po porodzie zaczęłam działać w kierunku przygotowania swojego ciała do kolejnej ciąży. Na pierwszy ogień poszła redukcja masy ciała i wzmocnienie go poprzez ćwiczenia fizyczne. Jeszcze przed pierwszą ciążą śledziłam jedną z angielskich youtuberek, która wspomniała o VBAC. Zainteresowałam się więc mocniej tym tematem. Nikt nie musiał mnie przekonywać, że próba porodu siłami natury jest jak najlepszym rozwiązaniem dla matki i dziecka. Gdybyśmy miały w naturze rodzenie poprzez cesarskie cięcie miałybyśmy na brzuchu elegancki zamek błyskawiczny. Moment, sprawdzam – nie, nie ma go tam. Jedyne co widzę to uśmiechniętą bliznę po pierwszym porodzie oraz świeżutki pociążowy brzuszek po udanym porodzie siłami natury, dokładnie 7 dób temu.

efekt starań o powrót do jak najlepszej formy

Moim zdaniem porodu siłami natury po CC nie da się zaplanować. Zaplanować można drugie cesarskie cięcie – na tak zwane “życzenie”, na co przystaje wielu lekarzy mimo, że wykonywanie poważnej operacji, która nie jest konieczna, jest nieetyczne i niezgodne z prawem. Jednak mam poczucie, że w Polsce wciąż kobiety bywają namawiane na taką formę drugiego porodu po CC. Jako osoba wyedukowana oraz Fajterka z natury postanowiłam “wybrać swoje trudne” w tym zakresie. Przygotowywałam się do porodu VBAC dwa lata. Na co miałam wpływ? Na swoje pozytywne, ale realistyczne nastawienie. Na wybór lekarza i położnej do współpracy, którzy mieli podobne zdanie do mojego. Na doprowadzenie swojego organizmu do jak najlepszej kondycji już przed ciążą oraz kontynuowanie zdrowego stylu życia w ciąży. Między innymi ćwiczeniom z Ewą Chodakowską zawdzięczam siłę, nie tylko tę fizyczną, z której czerpałam w trakcie porodu.

aktywna przyszła mama i malasana
zdrowa dieta i ćwiczenia w drugiej ciąży

Na co nie miałam wpływu? Tak naprawdę na całą resztę, o kwalifikacji do podjęcia chociażby próby takiego porodu (TOLAC) decyduje lekarz. Każda ciąża jest inna i każde dziecko jest inne, trudno mówić tu o zaplanowaniu czegokolwiek. Mój plan porodu (oksymoron) polegał na tym, że nastawiam się na VBAC, ale “I will go with the flow” – co ma być, to będzie. Niedługo przed porodem odkryłam blog “Naturalnie po cesarce”, ale przeczytałam tylko jedną historię porodu siłami natury i zamknęłam stronę… nie chciałam się zbytnio “napalać”, żeby się potem nie rozczarować. W kwestii poszerzania swojej wiedzy warto jednak tą stronę odwiedzić (naturalniepocesarce.pl) ciekawie też o tym, dlaczego warto próbować rodzić siłami natury piszą Superstyler.pl w wywiadzie z Mamaginekolog

A moja historia porodowa wyglądała tak:

Poród zaczął się w poniedziałek 37 tyg 5 dniu (z miesiączki) a 38 tyg z USG prenatalnego. W weekend wcześniej czułam się słabo, miałam nieregularne skurcze, czułam, że coś się zbliża, spakowałam torby, ładowałam węglowodany jak przed maratonem i dużo odpoczywałam. W poniedziałek o 6 rano pojechaliśmy do szpitala. Miałam szczęście, że dyżurował akurat ojciec mojego ginekologa, u którego miałam też kilka wizyt w trakcie ciąży. Obaj są pro-VBAC więc nie byłam namawiana na cesarskie cięcie, miałam poczucie, że doktor bardzo mi kibicuje. Zbadał mnie przy przyjęciu – rozwarcie na 1,5 cm. Ocenił w USG rozmiar dziecka na około 3000-3200 g. oraz ocenił bliznę po cc, pewnie oceniał i kalkulował inne czynniki, był bardzo skupiony, analizował wszystkie badania, zadawał pytania. Zakwalifikował mnie do TOLAC ( trial of labor after caesarian) , czyli próby podejścia do porodu siłami natury. Gdyby coś w trakcie poszło nie tak, miałabym szybkie cesarskie cięcie. Zaczęło się od niewinnych skurczy. O godzinie 7.30 rano trafiłam na salę porodową, gdzie w towarzystwie męża kołysałam się na piłce. Szpital, który wybrałam znałam bardzo dobrze, nie zestresowałam sie na widok porodówki. Jeszcze w piątek spędziłam w nim kilka godzin, miałam KTG, rozmowę z anestezjologiem, z różnymi członkami personelu, którzy mnie zaczepiali przechodząc. Oswoiłam lęki.

W poniedziałek nad ranem zadzwoniłam do położnej, z którą wcześniej w piątek spotkałam się w szpitalu na rozmowę. Numer telefonu do niej dostałam od ginekologa, a ona zaproponowała spotkanie na swoim dyżurze. Poinformowała mnie, że w okolicach mojego terminu porodu będzie na wakacjach, tym razem postanowiłam odpuścić umawianie się na poród. Zresztą aktualne przepisy prawa i tak uniemożliwiają wynajęcie “prywatnej” położnej do porodu. Jednak kiedy do niej zadzwoniłam, okazało się, że dziś właśnie dyżuruje cały dzień! Kolejne szczęście, zależało mi na jej obecności. Pasowało mi jej podejście. Siła, doświadczenie, zaangażowanie i bezinteresowność.

I tak sobie siedzieliśmy w ponurej salce, mierząc skurcze (aplikacja “Skurcze”) , aż poczułam osłabienie, mąż zaproponował, że zejdzie po kawę – to była najpyszniejsza kawa na świecie, dodała mi sił. Kiedy skurcze stały się coraz bardziej bolesne i częste położna zaproponowała prysznic. Dopiliśmy więc kawę i poszłam. Szczerze, nie sprawił mi on wielkiej ulgi, ale po nim zdecydowanie akcja przyspieszyła. Położna chciała sprawdzić KTG więc położyłam się na lewym boku na łóżku i nie byłam w stanie już wstać, częste i bardzo bolesne skurcze dawały się mocno we znaki, odechciało mi się rodzić. Poinformowałam męża, że rezygnuję z tego wszystkiego, że już mi nie zależy. Chcę natychmiast CC, w głowie miałam tylko ten przyjemny moment z poprzedniego porodu, kiedy po podaniu znieczulenia w kręgosłup poczułam błogie “nic”. Marzyłam teraz o tym braku bólu. Nie byłam w stanie więcej znieść, wszystkie logiczne argumenty wyczytane w książce Izabeli Dembińskiej “Rodzić można łatwiej” oraz korzyści z VBAC przestały mieć znaczenie. Skurcze były częste i nie do zniesienia. Chciałam, żeby to już się skończyło. (Później okazało się, że to był tzw. kryzys siódmego centymetra). Myślałam, że jestem gdzieś w połowie drogi a już finiszowałam mój maraton!

Poinformowałam o swojej decyzji położną, zaproponowała jeszcze jakiś dożylny środek, który miał sprawić, że zobojętnieję na ból, ale odmówiłam. Bałam się skutków ubocznych. Nie chciałam urodzić dziecka naćpana. Chcę natychmiast CC. Powiedziała “OK zawołam lekarza”. Wróciła po 20 minutach! Najdłuższe dwadzieścia minut mojego życia z informacją, że lekarz “poszedł załatwić znieczulenie do porodu”. Z jednej strony byłam rozczarowana – chcę CC a nie jakieś tam znieczulenie! Z drugiej strony czekałam na to jak na zbawienie, trochę się uspokoiłam, przestałam tak myśleć o bólu. (dobry psycholog z tej położnej, wiedziała jak mnie podejść) Położna spytała “czy pozwolisz mi się zbadać?” To było takie miłe i bezpieczne pytanie. Powiedziała “Agata mamy osiem centymetrów, zaraz rodzimy! Lecę po zestaw porodowy”. Minęło kilka minut, a u mnie pojawił się skurcz party! (wtedy jeszcze nie wiedziałam co to jest… nie miałam pojęcia, że zaczął się ostatni etap porodu). Skurcze parte w odróżnieniu od tych pierwszych można porównać do odruchu wymiotnego, ale wypychana jest nie treść żołądka, a treść macicy czyli dziecko – niesamowite odczucie! I moim subiektywnym zdaniem mniej bolesne od tych pierwszych.

W tym momencie porodu byłam już spokojniejsza, wiedziałam, że zaraz będzie po wszystkim, udzielał mi się spokój i opanowanie położnej. Zapytała czy chciałabym zmienić pozycję, byłam w pozycji na plecach (przeczytałam wcześniej, że nie jest to zbyt fortunne ułożenie i działanie wbrew grawitacji), ale szczerze mówiąc było mi bardzo wygodnie na miękkim łóżku, poprosiłam jeszcze o podniesienie zagłówka i byłam “rozwarta” i gotowa do działania. Nie czułam zmęczenia, wręcz przeciwnie. W międzyczasie pojawił się lekarz ” ooo widzę, że już niepotrzebne to znieczulenie, zaraz pani urodzi”. Położna zaproponowała, że może chciałabym dotknąć owłosionej główki dziecka, która pomału zaczęła się pojawiać na świecie. Początkowo odmówiłam, ale w końcu się zdecydowałam dotknąć tam ręką. Kolejne wspomnienie do kolekcji. Cały czas również mąż był przy mnie, podawał wodę i trzymał za rękę. Najlepsze wsparcie pod słońcem. Po kilku kolejnych skurczach i parciu (na które miałam wyjątkowo dużo siły – adrenalina zrobiła swoje) piękna włochata główka pojawiła się na świecie, razem z rączką. Chwila na oddech, teraz już z górki. Kolejny skurcz i Martynka leżała na moim brzuchu! Cała i zdrowa! Przepiękna. Udało się! Mamy to! Już po krzyku. Szczęśliwy zbieg okoliczności, zaangażowanie personelu, wsparcie męża oraz moja ciężka praca zaowocowały udanym porodem siłami natury.

sekundy po drugim porodzie

Obeszło się bez nacinania krocza, to był bolesny (ale już nie pamiętam!), piękny poród. Z pięknych momentów mogłam też dotknąć pulsującej jeszcze pępowiny. Jestem bardzo wdzięczna, że mogłam tego doświadczyć. Mój mąż jest podobnego zdania.

Połóg – dwie godziny po porodzie, gdzie byłam non stop z córeczką wzięłam prysznic, byłam już w stanie samodzielnie się nią zajmować, ogrzać ją swoim ciałem przewinąć, po dwóch dobach byliśmy już w domu. Nie wspominałam wcześniej, że walka o VBAC była dla mnie istotna ze względu na drugą córkę, która też wymaga opieki i zaangażowanej mamy. Dzięki temu, że szybko stanęłam na nogi mogła też liczyć na super wartościowy czas tylko z tatą, który nie musiał mi tym razem tak bardzo pomagać. To jest bardzo ważny plus porodu siłami natury, o którym mam wrażenie nie wspomina się często. Zrobiłam to z myślą o korzyściach dla obu moich dziewczynek. Dziś tydzień po porodzie czuję się bardzo dobrze, żadnego bólu, zmęczenia. Jest dobrze!

Kilka godzin po porodzie drugiej córki

Podsumowując, warto przygotować swoje ciało do porodu siłami natury na długo przed ciążą, niezależnie od tego czy jest to VBAC czy pierwszy lub kolejny poród. To jest ten czas, w którym mamy największe pole manewru, nie żałuję ani jednego przebiegniętego kilometra, ani jednego wykonanego treningu. Ani jednego odmówionego hamburgera. Ani jednej malasany (pozycja jogi wskazana do praktykowania w ciąży). Warto było wybrać swoje trudne! Zebrałam piękne owoce ciężkiej pracy, a udany VBAC dodał mi ogromnej siły i wiary w moje możliwości.

Mama dwóch wspaniałych córek Zosi (15.04.2017) i Martynki (15.07.2019)

Dodatkowe informacje nt. praw pacjentów znajdziecie na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku

Wspomniana położna, która pomogła mi przejść przez cały proces to pani Krzysława Krzempek z Kobietowa w Pszczynie. Polecam